(William A. Clark) „Nigdy nie kupował człowieka, który nie był na sprzedaż”
Oligarcha część 1

Sensowną nominacją do tytułu Słowa roku 2022 może być „oligarchia”. Wszyscy mówią o oligarchach, każdy jednak w innym kontekście. Brytyjczycy mówią o oczyszczeniu społeczeństwa z wpływów rosyjskich, – ale również ukraińskich, afrykańskich oraz indyjskich – oligarchów, którzy jeszcze niedawno czuli się w Londogradzie (przepraszam: Londynie) jak we własnym domu, a także w pełni wykorzystywali dobrodziejstwa brytyjskich „złotych wiz” i brytyjskiego systemu bankowego.

 Amerykanie ze swojej strony podejrzliwie spoglądają na niebotyczne majątki i przemożny wpływ na życie społecznie takich ludzi jak Jeff Bezos z Amazona lub Mark Zuckerberg z Meta. Koniecznie trzeba wspomnieć o mitycznych wpływach oligarchów w krajach azjatyckich, takich jak Korea, Japonia czy Chiny.

Nawet Unia Europejska ma problemy. W sierpniu tego roku premier Polski stwierdził bez ogródek, że: „formalnie mamy do czynienia z demokracją, a de facto z oligarchią, w której najsilniejsi mają władzę”. Mateusz Morawiecki stwierdził też, że imperializm unijny należy zwalczać równie mocno jak imperializm rosyjski.

Kontrola zasobów i sieć kontaktów

Żeby przejść na bardziej stabilny grunt niż wypowiedzi polityków, warto rzucić okiem na definicję słowa „oligarchia” na stronie niezawodnej Wikipedii.

„Oligarchię cechuje przywłaszczenie suwerennej roli w państwie przez dość wąską grupę ludzi. Grupa rządząca jest zamknięta i wszystkie najważniejsze stanowiska w państwie oraz realna władza jest sprawowana przez jej członków. Oligarchowie czasami rządzą w formalnie demokratycznych systemach, w których tworzą niewielką elitę, która ma wpływy rządy parlamentarne, kontrolując kluczowe zasoby gospodarcze przez rozległą sieć osobistych kontaktów”.

Sheldon Adelson Caricature
Opinia publiczna nie wyraźnego obrazu, czym jest oligarchia. Potocznie uważa się, ze jest to grupa ekstremalnie bogatych ludzi, którzy nieformalnie kształtują i wpływają na politykę, życie gospodarcze i społeczne. Współczesna karykatura Sheldon Adelson, szefa the Las Vegas Sands Corporation znanego ze wielokrotnych prób wpływu na wybory w USA i stanie Nevada. ©DonkeyHotey / Bectrigger

Bogactwo i wpływy współczesnych oligarchów są bezprecedensowe. Nie oznacza to jednak, że wcześniejsze generacje były chronione przed tym destruktywnym zjawiskiem. W przeszłości można znaleźć wiele przykładów ludzi o podobnych motywacjach jak te współczesnych oligarchów. Podobne były działania i techniki dochodzenia do wielkich pieniędzy, niegraniczonych wpływów, poczucia bezkarności i wszechmocy. Takim człowiekiem był bohater tego odcinka déjà vu – William A. Clark.

Twardzi faceci

Kiedy spojrzy się na pierwsze znane fotografie Williama A. Clarka, nie można zaprzeczyć, że pasuje on do idealistycznego obrazu pionierów, którzy cywilizowali tak zwany Dziki Zachód USA. Uwieczniony – z dwojgiem innych młodych ludzi – na fotografii z połowy XIX wieku mężczyzna prezentuje się jako dziarski poszukiwacz szlachetnych minerałów. Jego zarośnięta twarz emanuje siłą i zdecydowaniem. Na zdjęciu cała trójka wygląda jak typowi reprezentanci amerykańskiego ideału męskości. W momencie robienia zdjęcia tak Clark, jak i jego kompani mieli na sobie zdarte ubrania, które widziały lepsze dni (wiele lat wcześniej). Byli to klasyczni twardzi faceci. Takie detale, jak bidon na wodę, niezbędny do przeżycia na pustyni, strzelba i narzędzia umożliwiające badanie znalezionych minerałów potwierdzały, że mamy do czynienia z ludźmi czynu, wiedzącymi, jaki jest ich cel i przeznaczenie. Nie było wątpliwości, że są to ludzie z głową na karku, gotowi na ciężką pracę i niebojący się śmiałych wyzwań. Ich dewizą, podobnie jak zawołaniem setek tysięcy innych odkrywców, była walka o „wodę, złoto i kobiety”. Ówczesna mentalność pionierów wymagała zdobywania tych trofeów nie przez mozolną, wieloletnią pracę, lecz trochę na skróty – tak szybko, jak tylko się dało, zgodnie z ówczesnymi normami albo i wbrew nim.

Obrazy Zachodu, jakie pokazywano w hollywoodzkich filmach i historycznych widowiskach typu Buffalo Bill, nie miały zbyt wiele wspólnego z realnym życiem. Pionierzy pamiętali Dziki Zachód, jako miejsce i czas biedy, poświęceń, wielkiej nadziei i jeszcze większych rozczarowań. To było życie w spieczonym słońcem, wyschniętym, wietrznym piekle. Grupa górników w Goldfield (Nevada) w 1907 roku. © Waldon Fawcett, Library of Congress

Pionierzy przemierzający niekończące się przestrzenie Zachodu zostawiali za sobą normy wiktoriańskiego Wschodniego Wybrzeża, razem z tym wszystkim, co ograniczało ich wolność i przedłużało ich drogę do wielkich pieniędzy. William A. Clark, podobnie jak tysiące innych pionierów, dał sobie wolność w nieskrępowanym dochodzeniu do prywatnego szczęścia. Przebiegłość, wyrachowanie, brak – w niektórych momentach – elementarnej uczciwości nie przeszkadzały, co więcej – wielokrotnie pomagały, Clarkowi osiągnąć na początku XX wieku pozycję jednego z najbogatszych ludzi na świecie.

Patriotyczna kariera - intensywna, ale niezwykle krótka

William A. Clark – syn biednych szkocko-irlandzkich emigrantów, którzy osiedlili się w Pensylwanii – stał się za życia chodzącą legendą. U szczytu swojej kariery był właścicielem szeregu banków, tartaków, linii kolejowych, kopalni i gazet. Posiadał w nadmiarze wszystko to, co na początku XX wieku było miarą bogactwa: magazyny cukru i herbaty, ropę naftową, złoto, srebro, a przede wszystkim miedź. Zanim jednak doszedł do tego fantastycznego bogactwa, w jego życiorysie można było odnotować tak wiele ekstrawaganckich i niespotykanych momentów, że starczyłoby ich na scenariusze kilku filmów historycznych, westernów i komedii obyczajowych.

William A. Clark, urodzony w 1839 roku w Pensylwanii, rozpoczął swoją karierę na arenie politycznej mocnym akcentem. W trakcie wojny domowej nie poszedł śladami większości Jankesów i opowiedział się po stronie Południa. Jego rozpoczęta w 1861 roku kariera w szeregach armii Konfederacji była intensywna, ale niezwykle krótka. Już rok później Clark stwierdził, że obrona niezależności Południa nie była jego przeznaczeniem, i po prostu wycofał się z armii. Nie tylko zdezerterował, ale – w przeciwieństwie do innych – udało mu się uciec przed sprawiedliwością trybunału wojennego, który zwyczajowo rozstrzeliwał niezdyscyplinowanych amatorów wolnego życia.

Dwudziestoletni William miał całkiem inne plany. Stwierdził, że jego prawdziwym powołaniem jest górnictwo, i z tego powodu przeniósł się na Zachód – najpierw do Kolorado, a później do Montany. Jego zainteresowanie jałowymi, pustynnymi terenami miało proste wytłumaczenie. To, co dla laików było bezużyteczną i bezowocną ziemią, dla niego było prawdziwym rajem. Pustynie i inne jałowe połacie kraju stanowiły skarbiec kryjący ogromne fortuny w formie szlachetnych kruszców. Jednak zamiast na złocie, którym oczywiście w żadnym przypadku nie pogardzał, Clark skoncentrował się na odkrywaniu, wydobyciu i przeróbce kwarcu, srebra, a szczególnie miedzi. Były to surowce niezbędne  – podczas trwającej właśnie rewolucji przemysłowej – do produkcji nowych dóbr. Rozpoczynająca się epoka elektryczności potrzebowała miedzi, cynku, niklu i innych rzadkich metali. Złoto, srebro i ropa nie były już jedynym fundamentem wielkich fortun.

Wszystko stanowiło dobrą okazję do zrobienia interesu

William A. Clark szukał, znajdował i posiadał cenne złoża. Wokół nich budował małe i duże zakłady przetwórcze oraz huty. Z czasem stał się całkowicie niezależny w całym procesie wydobycia i przeróbki metali. Im bardziej jego niezależność i siła finansowa rosły, tym bardziej widoczna była bezsilność konkurentów – nawet tak możnych kandydatów do tytułu „króla miedzi”, jak Marcus Daly z firmy górniczej Anaconda Copper Mining Company lub F. August Heinze z United Copper, którzy toczyli ostrą walkę o złoża i rynki zbytu.

William A. Clark
William A. Clark znany był z nieprzeciętnej zamożności i bezgranicznej korupcji. Broniąc się wielokrotnie przed oskarżeniami, Clark zdecydowanie podkreślał, że „nigdy nie kupował człowieka, który nie był na sprzedaż”. © The Harris & Ewing Collection, Library of Congress

Zarówno William A. Clark, jak jego konkurenci z branży górniczej próbowali za pomocą wszystkich możliwych środków – łącznie z wymuszeniem, szantażem lub przekupstwem – robić to, czego starsi baronowie przemysłowi USA już wcześniej dokonali, a mianowicie budować kartele, które gwarantowały monopol na produkcję i sprzedaż określonych towarów oraz sprawować kontrolę i dyktat cenowy. Wielkim idolem i wzorem osobowym był dla Clarka John D. Rockefeller, który zadziwił świat budową swojego imperium naftowego Standard Oil i stał się najbogatszym człowiekiem świata.

Nieprzeciętna przedsiębiorczość Clarka z czasem zaczęła przeradzać się w brutalny dyktat wobec każdego, kto mógł stanąć na jego drodze do budowy planowanego imperium przemysłowego. Można powiedzieć, że pół dnia zajmowało mu kontrolowanie własnych firm, zaś drugą połowę poświęcał na destrukcję i spekulacje niszczące konkurentów. Kiedy Marcus Daly odkrył w Montanie wielkie złoża miedzi i postanowił rozbudować swoje fabryki i huty w okolicy miasta Butte, ze zdziwieniem musiał stwierdzić, że prawa do eksploatacji wody – tak potrzebnej do produkcji – zostały wykupione przez jego największego konkurenta. Tego typu działania Clarka wielokrotnie były zalążkiem jego zaciekłej, wieloletniej walki z konkurentami. Rosnąca z dnia na dzień grupa wrogów Clarka czekała tylko na dogodny moment, aby odgryźć się za wcześniejsze porażki lub – co najmniej – zabezpieczyć się przed jego przyszłymi atakami.

Skup pyłu złota

Wykupowanie praw do eksploatacji życiodajnej wody było skomplikowaną i drogą operacją. Dlatego też William A. Clark nie wstydził się innych, mniej imponujących przedsięwzięć, które szybko mogły powiększyć jego lawinowo rosnący majątek. Kiedy Clark i jego ludzie nie byli zajęci wydobywaniem własnych złóż lub wykupowaniem zadłużonych firm, zajmowali się skupowaniem kruszcu, który już wyniesiono na powierzchnię w kopalniach konkurentów. Górnicy pracujący przy wydobyciu złota zawsze mieli problemy z gotówką, a ten problem potrafili rozwiązać ludzie Clarka. Skupowali od górników pył złota, który był częścią zapłaty za tydzień ciężkiej i niebezpiecznej pracy pod ziemią. W każdą niedzielę, a więc w dniu wypłaty, wysłannicy Clarka pojawiali się w okolicach kopalni i skupowali od górników cenny pył. Ceną oferowaną przez Clarka było 18 dolarów za uncję, czyli 2 dolary poniżej oficjalnej ceny skupu.

Dla Williama A. Clarka wszystko stanowiło dobrą okazję do zrobienia interesu. Lista jego przedsięwzięć była długa i zadziwiająca. Clark posiadał – między innymi – prywatną pocztę, gazety, firmy dyliżansów i wozów towarowych. Największą sławę dało mu jednak zorganizowanie handlu jarzynami, owocami i innymi świeżymi towarami spożywczymi. Pomysł był prosty jak klasyczna recepta na sukces bogaczy w epoce dojrzałego socjalizmu w Europie Wschodniej. W Salt Lake City do wagonów towarowych ładowało się pachnące specjały, a następnie (tak szybko, jak to tylko możliwe) transportowało się je do odciętego od świata, ale bardzo bogatego, górniczego miasta Virginia City. Cena świeżych jarzyn i owoców oczywiście gwałtownie rosła po ich dotarciu do stacji docelowej. Do legendarnych interesów należało przewożenie zamrożonych jaj kupowanych po 20 centów za kopę, a sprzedawanych w Virginia City za 3 dolary. Było to doskonałym przebiciem w czasach, gdy dniówka najlepiej zarabiających górników wynosiła 4 dolary. Jajka oczywiście nie były przeznaczone na poranną jajecznicę dla miejscowych bogaczy, tylko stanowiły podstawę przepisu na ulubiony likier jajeczny owych czasów „Tom & Jerry”.

Zagorzały katolika vs gorliwy protestant

Zaciętym rywalem konkurującym o miano najbardziej wpływowego obywatela stanu Montana (miejsca zamieszkania Clarka) był Marcus Daly. To właśnie jego projekty górnicze blokował wcześniej William A. Clark, pozbawiając je dostępu do źródeł wody. W miarę jak majątki Clarka i Daly’ego rosły, a ich wpływy się powiększały, nikt nie miał wątpliwości, że frontalne zwarcie będzie tylko kwestią czasu. Obaj dżentelmeni starli się na poważnie w 1898 roku. Polem walki było to, czego bogaci ludzie najbardziej pragną – władza.

Zainteresowanie Clarka polityką oczywiście nie było związane z autentycznym zaangażowaniem w sprawy publiczne. Polityka miała być ukoronowaniem i potwierdzeniem istniejącej już, realnej kontroli sprawowanej nad konkurentami biznesowymi i masami. Wybory grały również ważną rolę z perspektywy Marcusa Daly. Był on pierwszym Irlandczykiem na Zachodzie, który zdobył tak ogromny majątek i wysoki status społeczny, że mógł starać się o wybór na najwyższe stanowiska w państwie. Daly stał się ulubieńcem i patronem irlandzkich imigrantów, którzy od pokoleń czuli się dyskryminowani, lekceważeni i poniżani. Jego wybór na wysokie stanowiska publiczne miał być dowodem, że Irlandczycy wydźwignęli się z rynsztoków zatłoczonych miast, nie byli już skazani na egzystencję na dnie hierarchii społecznej, a ich jedynym zajęciem nie musiało być odtąd wywożenie śmieci, kopanie rowów i kładzenie szyn kolejowych. Wybór Marcusa Daly miał pokazać amerykańskiemu Zachodowi, że Irlandczycy, mimo silnego nacjonalizmu i katolickiej wiary, potrafią asymilować się w USA i wbrew powszechnej opinii potrafią zaakceptować amerykański styl i wartości społeczne.

Gazeta The Anaconda Standard tak przedstawiła swoim czytelnikom sposób „wspierania” demokracji w wyborach do Senatu USA w 1900 roku. © Library of Congress

Daly demonstracyjnie pokazywał swoją prywatną siłę finansową, a także rosnący potencjał polityczny imigrantów z Zielonej Wyspy. Wyjątkowa ku temu okazja nadarzyła się w 1893 roku. Terytorium Montana stało się pełnoprawnym stanem USA. W nowym stanie należało wybrać najwyższych funkcjonariuszy publicznych, w tym senatora zasiadającego w Kongresie federalnym w Waszyngtonie. Tak wspaniałe stanowisko było naturalnym celem zarówno Marcusa Daly, zagorzałego katolika ze słabością do wyścigów konnych, jak i Williama A. Clarka, równie gorliwego protestanta z nieukrywanym zamiłowaniem do sztuki. Kampania wyborcza toczyła się w stylu prawdziwego Dzikiego Zachodu, a należały do niej takie zjawiska, jak: kradzież, niszczenie urn i ostrzeliwanie urzędników wyborczych. W wyniku zaciętej walki żaden z kandydatów nie uzyskał większości w parlamencie stanowym, do którego w tym czasie należało prawo mianowania przyszłych senatorów.

William A. Clark wziął demokrację w swoje ręce

Wobec przeciągających się procedur wyborczych William A. Clark postanowił wziąć losy demokratycznych wyborów w swoje ręce. Recepta na rozwiązanie patowej sytuacji była bardzo prosta: należało kupić przychylność członków parlamentu stanowego. Clark pokazał, jakim potencjałem dysponuje. W dyskretnych kopertach, których adresatami byli parlamentarzyści, znalazły się dziesiątki tysięcy dolarów. Taki argument spowodował gwałtowną zmianę poglądów członków parlamentu, którzy w roku 1899 bez większego problemu wybrali Clarka na senatora mającego reprezentować Montanę w stolicy kraju.

Echa bezpardonowej walki wyborczej natychmiast dotarły do stołecznego Waszyngtonu, który – ku zdziwieniu Clarka – wcale nie był zachwycony takim sposobem elekcji reprezentantów narodu. Clark z pokorą przyjął wyrok skazujący za łapówkarstwo jednego z jego najbliższych współpracowników w kampanii wyborczej, ale sam uznał siebie za nieskazitelnego męża stanu, któremu niczego nie można zarzucić. Mimo to Senat postawił na swoim i wobec rażących dowodów korupcji odmówił uznania wyboru Clarka. Ten nie wrócił jednak do Montany z poczuciem klęski ani wstydu. Aby pokazać, że nawet Senat Stanów Zjednoczonych nie będzie dyktował mu warunków, wykonał zręczny manewr. Nie pozwolił wyrzucić się formalnie z parlamentu i uprzedzając zapowiedziane śledztwo w sprawie naruszenia porządku wyborczego, sam zrezygnował z urzędu. Takie postępowanie umożliwiło mu przeprowadzenie sprytnego planu. Po pierwsze, stworzył wakat na stanowisku, którego przez pewien czas nikt nie mógł obsadzić. Po drugie, dało mu to rozgłos i możliwość publicznej krytyki swojego konkurenta i opozycji. Broniąc się wielokrotnie przed oskarżeniami o korupcję, Clark zdecydowanie podkreślał, że „nigdy nie kupował człowieka, który nie był na sprzedaż”.

Broń bardziej efektywna niż łapówki

Największym atutem Williama A. Clarka, który wydawał się raz na zawsze stracony na arenie politycznej, był fakt, że następne wybory do Senatu miały odbyć się zaledwie dwa lata później, w 1901 roku. W tych wyborach Clark postanowił postawić na broń, która była jeszcze bardziej efektywna niż łapówki. Jak przystało na doświadczonego i rasowego polityka, postawił na obietnice wyborcze, których nigdy nie miał zamiaru ani możliwości zrealizować. Obywatele Montany dowiedzieli się w 1901 roku, że dzięki Clarkowi będą mieli zagwarantowane: stałą pracę, ośmiogodzinny dzień pracy, odszkodowania za uszczerbek na zdrowiu powstały w czasie pracy i tańsze towary w sklepach przykopalnianych. Tak przeprowadzona kampania nie mogła się nie udać. W wyborach w 1901 roku Clark osiągnął swój cel życiowy – został senatorem USA. Tytułem tym szczycił się do końca swoich dni, uważając go za ukoronowanie kariery życiowej.

Sto lat później w dalszym ciągu można było kupić miejsce w Senacie.

Federalni śledczy aresztowali gubernatora centralnego stanu Illinois Roda Blagojevicha i jego szefa sztabu Johna Harrisa, twierdząc, że próbowali osobiście czerpać korzyści z mianowania w Senacie zastępcy prezydenta-elekta Baracka Obamy.

Udostępnij

Maxwell Street w Chicago w latach 50

Chicago – Maxwell Street

W nieodległej przeszłości były to punkty na mapie zaznaczające miejsca, gdzie wydarzyły się rzeczy niecodzienne, gdzie narodziły się rewolucyjne pomysły zmieniające życie zwykłych ludzi na

Czytaj więcej »